Antypolski paszkwil czy niewygodna prawda? „Do piachu” Tadeusza Różewicza w reżyserii Kazimierza Kutza.

Heroizm, patriotyzm i waleczność stały się utrwalonymi stereotypami, przesłaniającymi prawdziwy obraz wojny. Pisarze i dramaturdzy tworzący w drugiej połowie dwudziestego wieku z lubością nicowali je i wyszydzali, chcąc tym samym ukazać, że Polacy, będący rzekomo społecznością wolną, są tak naprawdę zniewoleni przez trzymane w sobie od lat złudzenia, ideały i zaskorupiałe stereotypy. Kiedy polskie, najintymniejsze marzenia o wolności zaczęły się spełniać, prędko okazało się, że aby cokolwiek w swoim państwie zmienić, Polacy muszą najpierw przeprowadzić rewolucję w zakresie wyznawanej ideologii oraz w sposobie myślenia o ojczyźnie i rzeczywistości im współczesnej.

Tadeusz Różewicz był jednym z tych twórców, którzy starali się odmienić spojrzenie Polaków na historię ich narodu. Być może właśnie z tego względu jego dramat Do piachu jest sztuką, której teatr się boi i którą wystawia bardzo niechętnie – mimo, iż bezapelacyjnie można uznać ją za jeden z najważniejszych powstałych po wojnie utworów dramatycznych. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest to, że Różewicz solidnie i dojmująco uderzył w polskie mity wojenne. Miałam okazję obejrzeć telewizyjną inscenizację tego dramatu, przedstawiającego kilka dni z życia partyzanckiego oddziału, w reżyserii Kazimierza Kutza, która na swoją transmisję również musiała czekać kilka miesięcy.

Różewicza kojarzyłam do tej pory z teatrem absurdu, gdzie wszystko funkcjonuje na opak. Zapewne dlatego najbardziej frapujący – prócz kreacji bohaterów i ich stosunku do wojny, sposobu funkcjonowania oddziału oraz ról, jakie odegrali jego poszczególni członkowie – wydał mi się sposób, w jaki dramaturg przedstawił wojenną rzeczywistości. Wojna w Do piachu to nieustanny marsz w nieznanym kierunku, skąpe i brudne odzienie, lub całkowity jego brak, nagminny brak broni. Jedynym sposobem na umilenie sobie tego żałosnego, znojnego życia jest picie wódki.

Zdziwiło mnie to, że dramaturg, który z taką lubością zniekształcał w innych swoich dramatach otaczający go świat, wydał sztukę, w której starał się możliwie wiernie odwzorować realia panujące w Polsce w czasach wojny. Dopiero po obejrzeniu spektaklu dowiedziałam się, że Różewicz bazował na własnych wspomnieniach. Sam spędził bowiem kilka miesięcy koczując w lesie jako podchorąży podobnego oddziału. Doświadczył głodu, spał pod gołym niebem i zmagał się z wszechobecnymi wszami, które nie oszczędzały partyzantów niemogących zadbać właściwie o higienę osobistą. Ta świadomość zmienia zupełnie odbiór dramatu.

W jednej z początkowych scen obserwujemy partyzantów śpiących w starej stodole – tu warto wspomnieć o scenografii, cała plastyczna oprawa tego widowiska telewizyjnego została bowiem dopracowana w najmniejszych szczegółach. W pewnym momencie pojawia się stary ułan, który wygłasza przemowę na temat poległych w wielkiej wojnie. Jak mówi, po wszystkich tych, którzy zginęli i którym koledzy z oddziału kopać musieli groby, pozostał tylko dojmujący smutek i żal. Emocjonalne wypowiedzi bohaterów, świetna gra aktorska i klimat panujący w pomieszczeniu, w którym rozgrywa się akcja, sprawiają, że emocje te udzielają się w pewnym stopniu widzowi. Płaczący żołnierz, chcąc dodać swojej opowieści tragizmu, opowiada o patefonie, który otrzymał od ukochanej. Starą stodołę wypełniają dźwięki muzyki. Partyzanci wsłuchują się w słowa piosenki o miłości, która wszystko wybacza, po policzkach starego ułana płyną łzy bólu… aż nagle ten, po wzniosłej przemowie, wymiotuje na wciąż grający patefon. Typowy Różewicz, chciałoby się rzec.

W Do piachu otrzymujemy kapitalną analizę polskich organizacji zbrojnych, w których szeregach walczyli najczęściej prości chłopi. Zamiast heroicznych czynów i okrytej chwałą walki z okupantem Różewicz ukazał nędzne życie partyzantów – wegetowanie w lesie, smród brudnych ciał i latryn oraz drażniące wszy. Tworząc tę odmitologizowaną wizję wojny Różewicz starał się ukazać również przepaść dzielącą wywodzących się z warstwy inteligenckiej oficerów i chłopskich partyzantów, którzy żyją snując swoje prymitywne marzenia – w tym miejscu warto wspomnieć o fenomenalnej scenie, w której Waluś, rozmyśla o podróży do Częstochowy i Krakowa. Wielce zastanawiające są dla mnie głosy krytyków. Nie zgadzam się z tymi, którzy zarzucają Różewiczowi, iż tworząc Do piachu stworzył w rzeczywistości antypolski paszkwil. Różewicz, wbrew pozorom, nie ujmuje partyzantom godności i chwały. Jak mówi w pewnym momencie komendant, zagrany przez Jerzego Trelę, partyzanci w większości są pełni „taktu” i wewnętrznej godności.

Godny uwagi jest w moim odczuciu fragment sztuki, w którym młody oficer wygłasza przygotowaną wcześniej przemowę na temat komunizmu, zachęcając w dalszej części chłopów do dyskusji i zadawania pytań. Z jego wypowiedzi dowiadujemy się, że Polska, której losy od początku wojny cechuje swoisty tragizm, ma już nie jednego, a dwóch wrogów. „Czerwony kolos” czai się za wysokim murem – nikt nie wie, co się za nim dzieje i jakie działania sprawiły, że kraj ten z rolniczego tak szybko zmienił się w przemysłowy. Scena ta ma charakter satyryczny i w rzeczywistości jest parodią antyradzieckiej propagandy. Prędko okazuje się, że myśli partyzantów krążą w głównej mierze wokół wiejskich kobiet i jedynym interesującym ich faktem jest to, jak wygląda kwestia posiadania „wspólnych bab” w kołchozach.

Zdumiewający jest sposób, w jaki oddano język, którym posługiwali się partyzanci. Obok górnolotnych, przepełnionych wzniosłym patriotyzmem wypowiedzi Ułana, pojawiają się proste i wulgarne wypowiedzi chłopów. Daje to wrażenie familiarności i swojskości.

Jeśli chodzi o jakości estetyczne, należy pamiętać, że obcujemy z spektaklem nagrywanym w czasach, w których możliwości techniczne stały na znacznie niższym poziomie. Reżyser i operator kamery zadbali moim zdaniem o warstwę wizualną, starając się możliwie wykorzystać potencjał dostępnych wówczas urządzeń rejestrujących obraz i dźwięk.

Aktorzy pokazali swój kunszt zarówno indywidualnie, jak i jako zespół. Na szczególną uwagę zasługuje wcielający się w postać Walusia Piotr Cyrwus. Od samego początku widowiska ten prosty, wiejski chłopak budzi autentyczne współczucie widza. Jeżeli chodzi o grę aktorską to naprawdę trudno jest wskazać w spektaklu Kuzta jakiekolwiek niedociągnięcia czy słabe punkty. Podobnie zresztą wypowiedzieć się można na temat scenografii, która sukcesywnie pozwala wczuć się w klimat spektaklu. Surowość dekoracji scenicznej, stonowana kolorystyka i nastrojowa muzyka Jana Kantego Pawluśkiewicza skutecznie oddziałują na emocje widza.

Po obejrzeniu sztuki zadałam sobie pytanie: czy można w niej znaleźć jakieś ślady naszej obecnej rzeczywistości? Czy są w niej obecne choćby drobne ślady naszego teraz, naszej polskiej mentalności? Czy sztuka Różewicza zachowała odrobinę aktualności, czy raczej pod tym względem jest zabytkiem? Wydaje mi się, że Do piachu jest dramatem, który w inteligentny sposób porusza wiele dylematów naszej polskiej, lokalnej nowoczesności. W spektaklu reżyserowanym przez Kutza dostrzegłam coś „mitycznego”, uniwersalnego, ale jednocześnie niebanalnego. Do piachu traktować można jako ukonkretyzowaną opowieść o naszym spojrzeniu na narodowe sprawy i zaskorupiałe stereotypy polskości, które tkwią w nas od lat.

Do piachu zdecydowanie zasługuje na uwagę. Naprawdę genialny jest przedstawiony w tej sztuce obraz partyzantki – wybitnie nieromantyczny, pokryty brudem, zaatakowany przez wszy, a do tego nasączony wulgaryzmami. Ciekawe jest to, w jaki sposób wątróbka z cebulką i kieliszek wódki zakwestionowały polski romantyzm i narodowy heroizm.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *