CTRL + ALT + DEL – świat zrobił reset

Jakoś pod koniec marca obudziłam się po bardzo nerwowym śnie z niemym krzykiem na ustach. Nie byłam wtedy w stanie dokładnie opisać obrazów, które wywołały tak gwałtowną reakcję mojego ciała, ponieważ ułamek sekundy wystarczył, abym całkowicie zapomniała swój sen. Słońce wzeszło już jakiś czas temu i padało na moją zaspaną twarz przez szczeliny w  żaluzjach. Wyjrzałam przez okno, przez które każdego wieczoru zagląda do mnie księżyc i  przez które rozpościera się dobry widok na podwórko i wysoką, przeciwległą ścianę drugiego domu. Znałam dobrze mieszkających w owym domu sąsiadów. Nie osobiście – byli obiektem moich codziennych obserwacji. W jednym, jak z czasem wywnioskowałam, mieszka kobieta z dwójką dzieci. W drugim oknie znajdującym się w zasięgu mojego wzroku, można było raz po raz ujrzeć parę młodych ludzi, małżeństwo za pewne.

Za każdym razem gdy stałam w kuchni i czekałam, aż w czajniku zagotuje się woda na kawę, zerkałam na kobietę z okna numer 1, która codziennie, krzątając się radośnie po kuchni, przygotowywała śniadanie dla swoich pociech. Para z okna numer 2 każdy dzień rozpoczynała od wspólnej kawy. Tamtego dnia nie byłam jednak w stanie zaobserwować w owych oknach tej mieszaniny szczęścia, energii i miłości – i naprawdę ohydna wydała mi się ta ściana.

Czasami sny, które zdążyliśmy zapomnieć, wracają do nas jak bumerang za sprawą jakichś drobnych skojarzeń – zapachu, widoku lub dźwięku. Sen, który tamtej nocy sprawił, że moje serce gwałtownie przyspieszyło, wrócił do mnie w taki właśnie sposób w  chwili, gdy przyjrzałam się temu, co znajdowało się za oknem mojej kuchni. Rosło przed nim drzewo akacji. Było bardzo stare i uschło. Mimo, że ze kilka dni rozpocząć się miała wiosna, nie kwitła na nim ani jedna gałąź. I drzewo to idealnie pasowało do nastroju ludzi zza okien 1 i 2 oraz do obrazów ze snu, które gwałtownie przelatywały wtedy przez mój umysł.

Spojrzałam wtedy na puste ulice i poczułam, że zaczął mną trząść zimny, jadowity strach. Uczucie to narodziło się we mnie, gdy przypomniałam sobie, że zeszłej nocy śniła mi się wojna. Nie widziałam rozlewu krwi, uzbrojonych żołnierzy ani nadlatujących nagle samolotów myśliwskich – czułam jednak strach, który mógłby czuć człowiek który znalazł się nagle w samym centrum jakiegoś konfliktu zbrojnego. Ja sama uświadomiłam sobie tego poranka, że znalazłam się w samym centrum wielkiego, zbiorowego strachu. Otaczający mnie ludzie bali się, żyli tym strachem i ani rodzinne śniadanie, ani zapach parzonej kawy nie wywoływały już na ich twarzach tego uśmiechu, co dawniej.

Zaczęłam się zastanawiać nad tym, kiedy i dlaczego pojawia się w nas stan silnego emocjonalnego napięcia. Pojawiać się on powinien, zgodnie z definicją słownikową strachu, w sytuacjach realnego zagrożenia. Każdy się czegoś boi. Od kiedy pamiętam czuję paraliżujący strach przed pająkami. Stworzenia te, choć całkowicie niegroźne, potrafią sprawić, że momentalnie się kurczę. Jestem wtedy jak małe dziecko. Boimy się też innych rzeczy. O zdrowie się boimy – tych najbliższych i  tych nieco dalszych. Boimy się krzyku i hałasu, ale i martwej ciszy. Boimy się nawet o kwiaty rosnące w naszym ogrodzie, że wiosna przeminie, a one nie wychylą swoich różnobarwnych główek w stronę słońca. I o świat się boimy.

Strach sparaliżował nagle nas wszystkich.

Ale odejdźmy na chwilę od tematu emocji i zajmijmy się liczbami. Obszar Azji to 44,5 mln km2 powierzchni lądów. Jest to aż 29,88% powierzchni wszystkich lądów. Nazwa tego kontynentu wywodzi się od słowa oznaczającego jasne miejsce, miejsce wschodzącego słońca. Mimo ogromnej powierzchni, jaką zajmuje ten kontynent i pomimo tego, że powinniśmy go kojarzyć z czymś jasnym, mam wrażenie, że umieszczamy go gdzieś w  najciemniejszych zakamarkach naszego umysłu. Pomijamy go, bo odległy, bo nieznany, bo obcy. Może dlatego, kiedy w połowie grudnia 2019 gdzieś w środkowych Chinach w  prowincji Wuhan pojawił się wirus SARS-CoV-2 nikt z nas jakoś poważnie się tym nie przejął. Poznań oddalony jest od tego miasta o 7821 km, cóż więc mogłoby nam grozić? Żyliśmy w naszym bezpiecznym, polskim niebie, z daleka patrząc, jak męczą się inni. Nas to nic a nic nie obchodziło.

Szybko jednak okazało się, że 8 tysięcy kilometrów nie stanowi dla wirusa problemu. Wirusów nie dopada zespół nagłej zmiany strefy czasowej, nie ma problemu z aklimatyzacją, a różnic kulturowych zdaje się zupełnie nie zauważać. Na początku marca obecność koronawirusa stwierdzono u jednego z naszych rodaków i wtedy cały naród na chwilę wstrzymał oddech – jak ja budząc się dziś rano z nerwowego snu.  Mam wrażenie, że definicja słowa panika była mi całkowicie nieznana do momentu, w którym zaczęłam wnikliwie obserwować zachowanie moich sąsiadów, znajomych, ale i ludzi kompletnie mi obcych. Wszystkie stacje radiowe, telewizyjne, każda jedna gazeta, portal… wszyscy z dnia na dzień coraz głośniej i bardziej krzyczeli to słowo: koronawirus.

Zamknięto szkoły, kultura ucichła, a życie towarzyskie każdego z nas z dnia na dzień przestało istnieć. Zamknięto nas w szklanych pułapkach utworzonych z telewizorów, komputerów i smartfonów. Wiosna przyszła inna niż zwykle. Dawniej kojarzona z nadzieją i nowym życiem, dziś – z pełnymi tęsknoty oczami wyglądającymi przez zamknięte okna. Staliśmy się ludźmi ulepionymi ze strachu, których twarze oświetlało niebieskie światło ekranów, dzięki którym mogliśmy się łączyć ze światem. My, jako Polacy, jako Europejczycy, jako mieszkańcy zielonej planety stanęliśmy do wspólnej walki. I ten świat, który widzieliśmy z  otworów w bunkrach, w których musieliśmy się zabarykadować zgodnie z akcją społeczną #stayhome wydawał nam się jakoś piękniejszy niż zwykle, ale i niedostępny, bo chwilowo nie mogliśmy go dotknąć.

Usiadłam tamtego poranka i sącząc moją ulubioną kawę, która utraciła swój dawny smak, przeczytałam apel papieża Franciszka do Włochów:

Dzisiaj, przed snem, pomyśl o dniu, w którym możemy znów wyjść na zewnątrz. Pomyśl o tym, że to, co się dzieje teraz, będzie tylko wspomnieniem, a nasze normalne, zwyczajne życie będzie jak prezent –  nieoczekiwany i piękny.

Apel ten przepełniony jest optymizmem, na który nas, zawodowych malkontentów, nie stać zupełnie – zwłaszcza w chwilach, gdy tracimy nadzieję, grunt pod nogami, czujemy niepewność jutra.

Świat stał się na kilka miesięcy martwym domem, olbrzymim więzieniem, tak wielkim, iż nie potrzebne były kolczaste druty – w końcu i tak nie było miejsca, do którego moglibyśmy uciec. Nas, ludzi pędzących ciągle, najbardziej dziwiła cisza, która zapanowała wokół nas razem z COVID-19. Wszyscy mieliśmy namiastkę trwogi w oczach i kurczyliśmy się, jak ja na widok pająka. Wszyscy staliśmy się jak małe dzieci. Potrzebowaliśmy małego trzęsienia ziemi, żeby zrozumieć, że nie liczą się pieniądze które mamy, model samochodu, jakim dojeżdżamy do pracy, że na co dzień nie doceniamy ludzi, których mamy wokół siebie. Ktoś musiał nas zatrzymać, żebyśmy przystanęli na chwilę i zrozumieli to wszystko. Świat musiał zrobić reset.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *